….

Nepal to inny świat.

Bardzo długo dochodziłam do siebie, bo tym doświadzceniu. Przez wiele dni żadne słowa nie chciały mi przejść przez palce. Zacznę może od końca. Wylądowałam w Berlinie o 7 rano. Taxi i po chwili byłam w domu. Rozebrałam się, napuściłam wody do wanny, dodałam bąble. I miałam łzy w oczach. Uczucie: „Czym sobie zasłużyłam na taki luksus?” mieszało się z „Jak dobrze być w domu”. Co mną tak wstrząsnęło?

Tym razem nie były to góry, wysokość, ciężki trekking. To było to wszystko to co działo się obok – bieda, miliony ubrudzonych dzieci, okropne warunki sanitarne. I świadomość, że w kraju gdzie są jedne z najlepiej wyposażonych szpitali na świecie, nie są one dostepne dla mieszkańców. Tylko dla bogatych amerykańskich turystów. Są one utrzymywane z biznesu ubezpieczeniowego. Nepalczykom wstęp wzbroniony. Kobiety rodzą w polu, i jak przeżyje to dobrze, a jak nie, to za rok będzie nowe dziecko. Prawo dżungli. Przeżyć może tylko najmocniejszy. Odniosłam wrażenie, że do 1 roku życia, główny obowiązek rodziców to wystawienie go przed dom w koszu i niech się hartuje. Albo przeżyje, albo nie. Dopiero jak malec podrośnie, zaczyna dobrze rokować, że przeżyje najgorszy okres (wysoka śmiertelność dzieci) dzieckiem zaczyna się interesować rodzina. No cóż głównie kobiety.

Facetów to w ogóle wysoko w górach nie widziałam za wielu. Wszystko jest na głowie kobiet. Po tym czasie sprawdzania, dziecko zaczyna się ubierać kolorowo, nakładać bransoletki, malować oczy kredką. Co ciekawe do ok. 10 roku życia nie ma tu podziału na płeć. Chłopcy i dzieczynki wyglądają tak samo. I to ma chyba sens.

Marta, którą poznałam w Gruzji powiedziała mi” „Wygodne buty to tam nieważne. Weź cukierki dla dzieci. Najbardziej lubią krówki”. Na 15 kilo rzeczy, które ze sobą biorę na 3 tygodnie – 4 kilo to cukierki dla dzieci. Co dzień pytam lokalnego przewodnika. Która wioska jest najbiedniejsza, widzę miliony dzieci. Chcę być sprawiedliwa. Chcę dać tym najbiedniejszym. Mam też długopisy. Wykupiłam cały zapas w sklepiku w Pokharze… Mówi mi, że im wyżej tym biedniej. Chociaż powyżej 3tys.m kończą się już wioski.

-„Powiedz mi proszę kiedy będzie ostatnia wioska.”

-„Za 4 dni”

No i mija dzień i widzę te wszystkie brudne dzieci. I w głowie mętlik, cios w serce. Nie mogę tym tu dać, bo zabraknie dla tych na górze. Ja pierdolę, jest bieda i jest zajebista bieda. Wybieraj. Choice is yours. Jednemu odmawiam na rzecz innego. Jest mi ciężko na bani. Bez sensu. Najgorsze, że te dzieci nie mają nic, a są szczęśliwe. Tańczą i się przytulają. Wyobraźcie sobie ich miny, gdy robię polaroida i na ich oczach ukazuje się foto. „Magia” – mówię.

 

Przez 3 tygodnie nie widziałam płaczącego dziecka. Nie grymasiły, wyjadały tymi małymi rączkami (nie używa sztućcow) cały ryż z talerza. Mimo, że na śniadanie, obiad i kolacje codziennie jest to samo. Je*any ryż z sosem. Jak teraz widzę te dzieci w Europie marudzące -„kup mi coś”, to mam ochotę sprzedać im kopniaka w dupę.

 Z całej podroży przywiozłam setki selfików z dziećmi.

 

Najmocniej wspominam chyba spotkanie z malutką dziewczynką (po lewej) w ostatniej wiosece przez Annapurna Base Camp. Nikt nie wiedział co jej jest. Miała wykręcone kończyny i nie miała w nich siły. Nigdy pewnie nie widziała lekarza. Ale wiecie co? Ona jest tam szczęśliwa, może szczęśliwsza jakby urodziła się w Europie. Może u nas w ogóle ktoś by usunął ciąże po pierwszym usg? A tak żyje sobie tam na końcu świata otoczona bliskimi i jest gwiazdeczką. Wszyscy jej pomagają, całują, przytulają i kochają szczerze. Pamiętam te jej różowe spodenki. Miała jedne. I w nich popylała na tych kolankach prezz te skalne schody i chodniki. Jednego wieczoru usiadłyśmy i ona łapie mi aparat i patrzy na mnie tymi wielkimi oczami. „Naucz mnie”. No dobra. I tak siedzimy i staramy się pstrykać fotki. Oczywiście przy wykręconych kończynach i porażonych mięśniach naciśniecie migawki to dla niej wielki wysiłk. Ale się nie poddaje i cyka nam słitfocie 🙂 Na tą ostatnią wioseczkę zostawiłam sobie chyba z 2 kilo cukierków. Poszły wszystkie dla niej i jej brata i kuzyna. Chyba rzeczywiście tu przydały się najbardziej. Dawkowałam jej te słodycze. I mówię obiad najpierw. Ale nie musiałam wcale. Za każdym razem brała paczkę cukierów i od razu dawała mamie. Mam podzieli sprawiedliwie, widzę w jej oczach. Na konieć robię dwa polaroidy i jeden zostawiam jej.

cdn. 

Więcej zdjęć na www.instagram.com/samaprzezswiat

Author

Solo traveler around the world

3 komentarze

  1. Hm…napisałaś: Najgorsze, że te dzieci nie mają nic, a są szczęśliwe. Tańczą i się przytulają.

    Chcesz powiedzieć, że lepiej by było gdyby były nieszczęśliwe? Dla kogo lepiej?

Write A Comment