Dzień mija na roztapianiu śniegu.

Tak się zaczyna i tak się kończy. Jest za zimno by iść daleko po świeży śnieg. Wychodzisz parę kroków, a wracasz mega zdyszany. Brak tlenu daje po kościach.

Wychodzi się zatem tylko przed namiot lub meteostację. Ważne by kilka kroków od ścieżki, kilkadziesiąt od umownej toalety. Na prawo sikamy. Na lewo bierzemy śnieg. za daleko odchodzić nie wolno. By nie wpaść w szczelinę lodową. Toaleta to strefa zrzutu,  tak ją nazywam. Na wysokości albo ma się biegunkę, albo zatwierdzenie. Niektórzy rzygają. Ja czuję jakbym rodziła dziecko, co rano. Ale kolor moczu się zgadza i dobrze, że jednak jest metabolizm. Dobry znak. wszystko ze mną dobrze. To niesamowite jak Twoja egzystencja an wysokości sprowadza się do metabolizmu, patrzenia wgłąb siebie i fizycznie i mentalnie. Bardzo proste pierwotne instynkty. Jeść, odpocząć, pić, spać.

Wszyscy śmierdzą.

Z butów chyba najbardziej. W sumie wszyscy mamy tylko kilka par skarpet. Albo i ta jedną najdroższą na świecie z wełny merino. No i tak nosi się je kilka dni. Bo dają ciepło jako jedyne. Dla kobiet sprawdzają się wkładki higieniczne. Dla wszystkich chusteczki mokre dla dzieci.

W bazie mnóstwo ruskich,  mimo że to Gruzja. Raz się porządnie pokłócili.  Że Ruskie wprowadzają ludzi na szczyt bez pozwolenia o pracę w Gruzji. Wiadomo, że chodzi o to,  że kradną im robotę. Nóż leżał na stole obok. Dyskretnie go schowaliśmy. Tak na wszelki wypadek.

Zarówno z kościoła jak i z meteo pięknie widać szczyt.  Wydaje się tak blisko. W końcu odległość od kościółka na szczyt to tylko 9km. No ale nie idzie się w poziomie. Różnica wzniesień to ponad 3000m. Kto nie wspinał się tak wysoko nie zrozumie jaki to wysiłek.

Dużo sypiam.

Nawet po 12h dzień. Wyjątkowo łatwo zasypiam w obskurnej sali pełnej śmierdzących skarpet i pleśni. Jest poniżej zera. Skąd wiem? Śnieg z moich butów się nie topi. Zastanawiamy się czy nie lepiej spać w namiocie. Może? Nocleg w meteo nie jest tani, chyba od 30 do 60 euro za noc. A śpimy na podłodze! Na cienkiej gąbce która śmierdzi pleśnią. Ale nie wieje, nie trzeba składać namiotu i odśnieżać go w nocy.

Higiena.

Włosy cały dzień przykrywa mi chusta lub czapka. Nie pamiętam kiedy ostatnio raz je czesałam i myłam. Do rąk przydaje się płyn do dezynfekcji.

Mój kolczyk/piercing w nosie całkiem nieźle się trzyma. Nos jest mocno unerwiony i ukrwiony i na mrozie może zacząć puchnąć. Sprawdziło się zaklejenie nosa taśmą do tapingu. Trzyma się nawet w środku nosa!

Na 4000 m w końcu mam objawy choroby wysokościowej.

Mówię w końcu, bo spodziewałam się wcześniej. Poniżej byłam tylko cholernie zmęczona. Teraz jestem cała opuchnięta. Twarz. Ręce. Mój puls jest niezwykle niski. Kilka kroków męczy. Choć to nie jest zmęczenie. Po prostu brak mi oddechu. Na dwa kroki na jeden oddech. Najlepiej wdech przez nos i wydech buzia. Gdy dochodzimy do 4100 m zaczyna mi się kręcić w głowie. Do tego tzw. Dupówa – wieje do 60k/h śnieg i zamiecie, widoczność nawet tylko 20m.  Co chwilę wpadam w zaspę śniegu.  Moje raki są zaspawane śniegiem. Świeży mokry śnieg cudownie się do nich przykleja. Bajka. Na co mi to było?

Krem przeciwsłoneczny

50UV to must have. Zdradzę wam sekret polskiej himalaistki Oli Dzik. W proporcji 1:1 mieszamy tłusty krem, wazelinę i krem przeciwsłoneczny z bardzo wysokim filtrem. Czemu? Bo zwykły krem ci zamarznie. Smarujemy się wszędzie, nos, pod spodem nosa, uszy, szyja. Ręce, i na linii włosów też. Można się poparzyć w ciągu kilkunastu minut. Wszystko zamarza,  a to co ci nie może zamarznąć: jak baterie czy płyn do soczewek trzymamy przy sobie. Rękawiczki i skarpety suszymy w śpiworze. Uczę się czegoś każdego dnia. Dalej nie wiem po co mi to było.

Jaki termos? Wzięłam 0,7,  ale to zdecydowanie za mało. Zimne płyny nie wchodzą. A na wysokości trzeba pić! Co najmniej 3l dziennie na tej wysokości. Najlepsze wydają się termosy marki Thermos,  trzymają ciepło aż dwa dni! Ale herbaty lipton to nie ruszę przez najbliższe kilka lat. Weźcie ze mnie nauczkę i weźcie sobie jakieś smakowe.

cdn.

Author

Solo traveler around the world